Vanitas vanitatum et omnia vanitas
Krew Gileada to saga o zagładzie rodu wysokiego elfa, Gileada Lothain. Wraz z wiernym towarzyszem Fithvaelem, Gilead, wojownik cienia i ostatni z rodu Tor Anrok, przemierza świat Warhammera szukając zemsty na sługach ciemności.
Takie proste stwierdzenie znajdziemy na odwrocie okładki. I w sumie mógłbym tym cytatem zakończyć recenzję. Czemu? Bo taka jest właśnie owa powieść- prosta i banalna. Widząc na okładce Dana Abnetta jako współautora byłem do tej książki bardzo optymistycznie nastawiony. Znając go z opowiadania do podręcznika głównego drugiej edycji WFRP, a także z noweli Rota spodziewałem się nader atrakcyjnej lektury. Srogo się jednak rozczarowałem.
Autorzy książki widząc sukces, jaki odniosły opowieści o Gotreku chcieli stworzyć coś podobnego. Jednak widać, iż to, co mistrzowsko wyszło Williamowi Kingowi, nie musi udać się innym. Tytułowy bohater, to kalka, do tego przejaskrawiona, Gotreka- elficki zabójca trolli. Małomówny; z mroczną duszą; dumny i honorowy, jak na potępionego herosa przystało. Bardziej papierowej literackiej postaci jeszcze nie spotkałem. Cała książka przesiąknięta jest mrrrrocznością i wpychanym wszędzie na siłę patosem. Na każdym kroku autorzy wspominają nam o powadze i tragizmie bohatera. Przypuszczam, iż zapowiedzi moralnej rewolucji w IV RP są mniej wyniosłe, niż Krew Gileada. Efekt tego jest mizerny i żałosny.
Cały czas faszerowani jesteśmy elfią dumą, honorem, ich czystością serca, co powoduje w nas odruchy wymiotne. Dramat wewnętrzny i rozterki Gileada są nieciekawe, mało realne i nie trzymające się kupy. Do tego jeszcze świat Warhammera został pokazany monochromatycznie w czarno białych kolorach, całkowicie obdarty ze swych wspaniałych odcieni szarości. Z jednej strony mamy białego Gileada, a z drugiej brudny, zgniły, wypaczony, mrrrrroczny świat, w którym nie ma ptaszków i słoneczko już nie wschodzi.
Opowiadania, które składają się w pewną całość w tej książce, także nie zachwycają. Są po prostu nie ciekawe, brak w nich zwrotów akcji, są przewidywalne do bólu. Są właściwie o niczym. Brak im ikry i gdyby nie nazwy własne i wspominane wcześniej, ciągle powtarzane określenia: zgniły, bluźnierczy, ponury, przygnębiający, można by stwierdzić, iż powieść ta nie dzieje się w realiach Warhammera. Widać także, iż opowiadania były nastawione na opisy mistrzostwa fechtunku Gileada, by ukazać kunszt elfickiego wojownika cienia. O zgrozo, to właśnie opisy walk są najsłabszą stroną opowiadań. Całkowicie brak w nich dynamiki i napięcia, ciągną się niczym mucha w smole, a naszemu Gileadowi i tak wszystko wychodzi; do tego autorzy na siłę starają się dodać mu elfickiej finezji i fantazji, co jeszcze bardziej zanudza Czytelnika. Cała narracja, bohaterowie i otoczenie opowieści jest tak papierowe i kanciaste, iż razi w oczy.
Na koniec mogę powiedzieć tylko jedno: szkoda, iż wielki potencjał tej książki został zmarnowany, pogrzebany i do tego jeszcze zalany betonem. Mało mamy tytułów w serii Czarna Biblioteka, które tak mocno koncentrują się na rasie elfów. Dlatego miło by było dowiedzieć się czegoś oraz wyrobić sobie pogląd o tej wspaniałej rasie. Co na pewno mogło by być pomocne w odgrywaniu elfickich bohaterów. Jednak wszystko zostało zmarnowane. Lektura tej książki była dla mnie prawdziwą drogą przez mękę, dlatego tak długo nie ukazywały się kolejne recenzje. O dziwo pomocna w dobrnięciu do ostatniej strony była korekta. Szkoda tylko, iż tak mało wpadek zdarzyło się korektorowi przy tak kiepskim tytule.
Książka ta w pełni zasługuje, aby sczeznąć w ciemnych otchłaniach magazynu wydawcy.
Warhammer - Krew Gileada
Autor: Dan Abnett, Nik VincentWydanie polskie: 2004
Tytuł oryginalny: Gilead's Blood
Wydawca oryginalny: Games Workshop
Rok wydania oryginału: 2001
Seria wydawnicza: Czarna Biblioteka
Liczba stron: 304
Oprawa: miękka
Dystrybucja: księgarnie, internet
ISBN: 83-86758-38-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 34 zł





